Trwał Bal. Przybyła też Hrabina Cioteczka Dżili. należała do rodzaju tych kobiet po czterdziestce które epatują tak silnym ale subtelnym erotyzmem, że nawet u nastoletnich chłopców wywołuje on sny gęste lepkie i przesłodzone niczym miód skapujący z pszczelich plastrów w gorące lipcowe popołudnie. Można ją było porównać do pełni lata z jej piersiami pełnymi niczym wygrzane w słońcu kłosy przenicy. Patrząc na jej czerwone, różane wargi odczułem jakiś dziwny ssący rodzaj głodu. Pachniała szałem, zatraceniem i obietnicą. Tak samo musiała pachnieć Ewa w Raju w chwili gdy podawała Adamowi jabłko. Gdyby wyrokiem władcy czasu Chronosa greckim bogom zaczął by ten czas upływać to tak by wyglądała Afrodyta osiągnowszy wiek średni. Miała włosy koloru swieżo wytopionej stygnącej miedzi, które układały się niczym woda rzeki spadającej z urwiska, w strugi, strumyczki i kaskady. Spojrzała na mnie swoimi, barwy młodego, gorzkiego piołunu oczami i poczułem się jak mały ptaszek którego amazoński łowca trafił swą strzałą zatrutą kurrarą. Po kręgosłupie niczym prąd przebiegła mi rozkosz pomieszana z bólem i poczułem że tonę w tych zielonych, głębokich niczym stawy Himalajów oczach. Podswiadomość wysłała mi obraz że z tych gorących niczym gotujący się dżem truskawkowy, wilgotnych ust wysuwa się frywolny języczek i myszkuje w moim uchu. Prawie zemdlałem. Proszę państwa- oznajmił przybyłą majordomus. Hrabina Dżili. Moje serce słysząc to nazwisko z rozpaczy wyrwało się z piersi i rozchlapało o posadzkę niczym mokre gacie.